Tym razem początek opowieści jest ciut inny – nie budzi mnie budzik o piątej rano. Wręcz przeciwnie – z utęsknieniem czekam na godzinę piętnastą, a co za tym idzie – koniec pracy na dzisiaj. Nie chodzi o to, że sama praca mi przeszkadza, ale tym razem mam swoje plany – SUPowanie po pracy.
W bagażniku…
W bagażniku mam spakowanego SUPa. I chociaż pora roku nie sprzyja (jest początek marca) uznaję, że muszę popływać. A na weekend zapowiadają fatalną pogodę, więc cóż… Jadę w tygodniu. Pogoda mi sprzyja – jest dosyć ciepło i bezwietrznie.
Tak więc czekam na godzinę piętnastą, i czekam, jak jesteśmy już blisko zrobił się problem z niczego. No nie fajnie. Efekt tego jest taki, że zamiast o piętnastej wyszedłem o piętnastej dwadzieścia. O normalnej porze roku (czytaj: ciepłej) nie byłaby to żadna strata, tak tym razem czas szybko leci. Zachód słońca jest wcześnie, około siedemnastej trzydzieści. Trzeba się spieszyć, żeby popływać.
Na miejscu
Na miejscu okazuje się, że zgodnie z oczekiwaniami pogoda jest ok :). Żeby nie było tak różowo, parking (podejrzewam, że to „dziki” parking) jest po prostu placem błota (tego też się spodziewałem). No nic, znalazłem kawałek suchszego miejsca i zacząłem pompować SUPa. Szybko schodzę do wody, tutaj był trawnik, ale wygląda na zryty przez dziki. Efektem jest błoto takie samo jak na parkingu.
I w końcu płynę!

Wszystko to tylko niewielkie niedogodności. Popłynąłem w moim ulubionym kierunku, na wyspy. Na początku nie ma nic ciekawego – pusta woda, jedynie wyraziste, kolorowe niebo. Jednak już z daleka było widać masy dzikiego ptactwa, spore stada kaczek i łabędzie. Zmieniam delikatnie kurs, żeby nie straszyć niepotrzebnie zwierząt. Mijam niewielkie wysepki mając słońce za sobą. Obracam się, żeby na nie spojrzeć. Teraz jest to taki widok, jakiego oczekiwałem. Zaczęła się już tzw. złota godzina, słońce mocno rozświetla krajobraz, barwy są mocno nasycone. To o wiele lepiej, niż widoki na początku wycieczki. Niestety, niedługo cieszyłem się tymi widokami. Dosyć szybko słońce zaszło, pozostawiając po sobie tylko szarugę – którą oczywiście też sfotografowałem.

Rezygnuję z dalszego robienia zdjęć, skupiam się na płynięciu. Przyspieszam, żeby opłynąć największą z wysp dookoła i trafiam w pobliże mojego samochodu. Delikatnie dobijam do brzegu, wyciągam SUPa i na „moim” kawałku suchszego miejsca zwijam deskę. Wprawdzie robię to na specjalnie w tym celu zabranej plandece, ale i tak po powrocie do domu SUP ląduje w wannie, i jest dokładnie spłukany wodą przed suszeniem.

SUPowanie po pracy…
… Czy mi się podoba? oczywiście. Tak więc deska się suszy, a ja siedzę zadowolony (i zmęczony) przed telewizorem z kubkiem gorącej herbaty :). Myślę, że częściej będę urządzał takie SUPowanie po pracy. A was zchęcam do przeczytania innych wpisów o SUPowaniu, np: https://scoutshout.pl/2023/02/01/icebreaker/
