Pamiętacie może wpis o spływie Krztynią i Pilicą? Tym razem postanowiłem zrobić podobną trasę, jednak początek spływu zaplanowałem w Szczekocinach. Koniec z kolei planowałem w miejscowości Przyłęk. Innymi słowy, spływ odbywał się Pilicą.

Do Szczekocin zajechałem około ósmej rano, zaparkowałem w pobliżu miejsca wodowania kajaków. Szybko napompowałem SUPa i popłynąłem. Bez zwlekania i marudzenia. Pogoda była super, słoneczko świeciło, jednak nie było zbyt gorąco. Po prostu ideał. Początkowo płynąłem pomiędzy zabudowaniami, jednak dosyć szybko rzeka oddaliła się od budynków. Po niezbyt długim czasie – przepłynąłem około kilometra, dotarłem do pierwszej przenoski. Wyraźnie oznakowana, jednak… Przyjrzałem się uważnie sytuacji na wodzie i zignorowałem przenoskę. Był to dobry wybór, przepłynąłem bez najmniejszego problemu. A zaczynać spływ Pilicą od noszenia SUPa mi się nie chciało.

Spływ Pilicą
Pilica niosła mnie ze sobą, płynęło się bardzo miło, aż dotarłem do młyna. Tutaj już nie było wyjścia, musiałem SUPa przenieść. Tak też się stało, i po paru minutach płynąłem dalej. Była to już jednak jakby inna Pilica. Meandrowała, w nurcie rzeki było coraz więcej zwalonych pni. Innymi słowy, robiło się ciekawie. Teraz już ręce miałem pełne roboty. Zakręty, wymijanie zwalonych drzew, a w jednym miejscu nawet przeciąganie SUPa stojąc na powalonym pniu! Zabawa pierwszej klasy! Mimo to, ani razu nie wpadłem do wody. Jest to spory postęp, bo podczas spływu Krztynią i Pilicą wpadłem dwukrotnie. Tym razem, tylko się uśmiechnąłem przepływając obok miejsca mojej niechcianej kąpieli. Rachunek z Pilicą uznałem za wyrównany.

Posucha
Kontynuowałem spływ Pilicą aż do trzeciej (teoretycznie) przenoski przy zastawce. Zwodowałem SUPa… I stwierdziłem, że jest płytko. Bardzo płytko. Po chwili (prób) płynięcia zdemontowałem fina. Nie zmieniło to wiele, dalej nie byłem w stanie płynąć. Rozpocząłem holowanie deski idąc korytem Pilicy, i zastanawiałem się jaki w tym sens. Po chwili stwierdziłem, że sensu nie ma. Być może paręset metrów dalej woda się pojawi, jednak nie chciało mi się tego sprawdzać. I tak płynąłem już ponad cztery godziny, i czas było wracać do domu. A był kawał drogi – do samochodu musiałem wrócić pieszo, na co zaplanowałem prawie trzy godziny.

I tak też zakończył się spływ Pilicą – z lekkim niedosytem, ale pięknymi wspomnieniami!
