Ostatni tydzień spędziłem nad jeziorem Drawsko. Praktycznie cały ten czas poświęciłem na SUPowanie, spacerowanie i czilowałem! Nocleg znalazłem na polu namiotowym w Czaplinku, nad samo jezioro miałem może pięćdziesiąt metrów. Nie może być lepiej, prawda? Pewnie może, ale i tak było super.

Jezioro Drawsko, które swoją nazwę bierze od nazwy rzeki Drawy, ma około 10,8 km długości i maksymalnie 6,6 km szerokości. Pierwszy raz w dokumentach pisanych pojawia się w 1286 roku pod nazwą „Dravzk”. W rzeczonym dokumencie, sporządzonym jeszcze po łacińsku, książę wielkopolski Przemysł II nadał templariuszom ziemię koło jeziora „Dravzk”.
Supowanie na jeziorze Drawsko

Pierwszego dnia próbowałem przepłynąć całe jezioro wzdłuż, bez zaglądania do zatoczek. Płynąłem dosyć długo, z plaży w Czaplinku, aż w końcu powiedziałem sobie dosyć! Po co ja się tak męczę? Na wakacjach przecież jestem. I w ten sposób, całości nie przepłynąłem. Zaczęło się standardowe SUPowanie. Chwilę pływałem szybciej, później wolniej, że by na końcu wskoczyć do wody! A woda w jeziorze ciepła, przyjemnie było popływać holując za sobą SUPa.
Oprócz mnie, na wodzie byli również oczywiście inni ludzie. Pływano na żaglówkach, motorówkach, katamaranach, kajakach i właściwie wszystkim, co do pływania dopuszczono! Mimo tego, nie było tłoczno. Jezioro Drawsko ma 1781 ha powierzchni, tak więc raczej nikt nikomu nie przeszkadzał.

Zachód słońca nad jeziorem Drawsko

Zdjęć nie zrobiłem dużo, jednak kilka udało mi się dowieźć. Sfotografowałem „bezkres” tego jeziora, piękne wyspy i kaczki. No co, im też pamiątka z wakacji się należy. Jednak najbardziej fotogeniczne były zachody słońca. Z Czaplinka, w którym przecież stacjonowałem, wyglądały one obłędnie. I co ciekawe, za każdym razem wyglądały całkowicie inaczej. Czasami zachód słońca, który fotografowałem był spokojny i relaksujący, czasami z kolei – zimny i ponury. Każdy z nich był jednak piękny. Oprócz tego, podczas którego padało. Tego zachodu słońca jednak nie sfotografowałem ;).

SUPem przez jeziora
SUPowanie po jeziorze (przy najmniej dal mnie) jest całkiem innym pływaniem niż np. SUPowanie po rzece. Na jeziorze chodzi raczej nie tyle o „przygodę” a bardziej o relaks. Tak jak pisałem. Raz płynąłem szybciej, raz wolniej, a czasami wskoczyłem do wody. Opaliłem się aż do przesady. Poczytałem książkę. I koniec końców – wypocząłem do granic możliwości. Chociaż po powrocie do domu kilka dni bolały mnie ręce 😉

PS II. jeżeli lubicie tematy o SUPowaniu na jeziorach, zapraszam do wpisu o jeziorze Pluszne
