W ten weekend wybrałem się w góry! Długo już odpuszczałem sobie chodzenie po górach, ostatnio byłem w Pieninach. Ale tym razem nic mnie nie mogło zniechęcić. Trasę wybrałem dosyć łatwą i przyjemną: Wejście na Czantorię, i dalej na Soszów Wielki.

Czantoria
Wejście na Czantorię zabrało mi dosyć chwilkę. Jednak powoli i równym tempem na spokojnie wszedłem na górę. Widoki: całkiem zacne, ale mam nadzieję na lepsze. W oddali widzę słynne piramidy w ustroniu. Słońce świeci już dosyć mocno, ze zdjęć dużo nie będzie. Tak to jest, jak się późno wstaje :(.
Nic to, idę dalej. Po drodze mijam budy, w których można kupić jedzenie – dopiero się otwierają, i ruszam dalej. Szybkim krokiem docieram na granicę polsko – czeską, i skręcam w lewo. Od tej pory idę szlakiem prowadzącym wzdłuż granicy. W pewnym momencie znajduję stalowy krzyż, ze zdjęciem młodego mężczyzny. Krzyż upamiętnia Klementa Šťastného, czeskiego szeregowca zamordowanego w 1920 roku w sporze o przebieg granicy polsko-czeskiej. Okazuje się, że nawet w górach polityka nas doścignie.

Soszów Wielki
Idę dalej, raz jest z górki, raz pod górkę. W większości jednak szlak prowadzi przez las, a miejscami jest bardzo kamienisty. W każdym razie dosyć szybko docieram na Soszów, a następnie po dziesięciu minutach Soszów Wielki. Nie spędzam tutaj zbyt dużo czasu, robię parę zdjęć i zaczynam schodzić tą samą trasą, którą tu przybyłem. Sam nie wiem, czy bardziej pod górkę było jak schodziłem, czy wchodziłem. Przynajmniej do Czantorii. Jeśli zaś chodzi o samą Czantorię – po wejściu na nią włosy mi się na głowie zjeżyły. Dawno nie widziałem takiej masy ludzi. Toż to w centrach wielkich miast nie ma takiego ścisku! Na szczęście, ludzie wjeżdżający kolejką do góry w większości się od niej już nie oddalają, tak więc na szlakach jest luz ;).

Pozostało mi zejść z Czantorii, trwało to prawie godzinkę. Jednak prawdą jest, że schodzenie z góry nie jest takie przyjemne, jak się wydaje. Też człowiek się męczy. Ale, w tym wypadku jest to zmęczenie bardzo przyjemne!
