Od dłuższego już czasu po głowie chodził mi spływ Wartą. Oczywiście SUPem. I w minioną sobotę zrealizowałem swój plan.
Wstałem dosyć wcześnie – żeby skorzystać z najlepszej pogody (później miał pojawić się wiatr). Spływ Wartą rozpocząłem w Częstochowie Mirowie, a jego koniec zaplanowałem na most w Kłobukowicach. Jest to trasa bardzo mocno polecana przez kajakarzy, więc postanowiłem nie wywarzać otwartych drzwi.
Na miejsce startu przyjechałem przed godziną ósmą, a na miejscu już była firma organizująca spływy kajakowe. Szybko wyciągnąłem SUPa z bagażnika i go napompowałem. Niedługi czas później płynąłem już wartą.
Warta

I, szczerze mówiąc początek nie był zbyt zachwycający. Rzeka była uregulowana, właściwie bez żadnych zakrętów czy meandrów. No nic, płynę dalej, dosyć szybko przepływam przez Bramę Mirowską. Cholera, z perspektywy SUPa ciężko docenić jej piękno.
Jednak, po chwili rzeka zaczyna nabierać uroku, pojawiają się pierwsze zakręty, powalone drzewa, i zaczynam czuć, że będzie to całkiem przyjemna wycieczka.
Spływ Wartą

Spływ trwał prawie cztery godziny. Zaliczyłem dwa bystrza, (oznakowane jest tylko jedno), jeden raz wpadłem na drzewo ścięte przez bobry (na szczęście obyło się bez wpadnięcia do wody). Do tego płynąłem pod mostem, którym przepędzano bydło (nie spodziewałem się, że taki spęd może być tak głośny). Widziałem Bramę Mirowską i Skałę Miłości.

Według legendy Skałę Miłości tworzy para kochanków, dotkniętych przez klątwę. Matka dziewczyny wysłała ją po uzdrawiającą wodę z magicznego źródełko. Kiedy dziewczyna długo nie wracała, zaniepokojona matka poszła jej szukać. Na widok dziewczyny w objęciach kochanka matce pękło serce. W chwili śmierci zdążyła jeszcze rzucić klątwę – przemieniając zakochaną parę w ostaniec.

Z tych mniej miłych aspektów, dwukrotnie mijałem oficjalne, oznakowane wyloty kanalizacji, odprowadzające ścieki do rzeki. Spływ Wartą zakończyłem zgodnie z planem koło mostu w Kłobukowicach. Pozostało dostać się do samochodu. I znowu, tak jak podczas spływu Przemszą byłem zmuszony do powrotu na piechotę. Zajęło mi to ponad dwie godziny, z SUPem na plecach… Mimo to – z wycieczki jestem mega zadowolony :).
