W sobotę wybrałem się na Rysianke. Jest to już pewna tradycja, no ale cóż – każdy ma jakieś swoje miejsce, do którego wraca. Wejście, jak przystało na luty, zimowe. Chociaż początek był mało zachęcający. Samochód zostawiłem w Rajczy, gdzie ilość śniegu wynosiła równe zero. Miałem tylko nadzieję, że Rysianka mnie nie zawiedzie.

Lód
No nic, pomyślałem, śnieg nie jest mi w sumie do szczęścia potrzebny. Ważne, żeby widoki były wspaniałe. Szybkim krokiem ruszyłem przed siebie, przeszedłem przez wieś i zacząłem piąć się w górę. Bardzo szybko trafiłem na wielką taflę lodu, którego nie byłem w stanie minąć. Zakładać raczki? Nie, jest w miarę płasko, spokojnie się „prześlizgnę”. Prześlizgnąłem się, ale wcale nie tak spokojnie ;). Na szczęście twardy jestem, nie miękki. Dalej szedłem już rozważnie, chociaż nie było żadnych przeszkód. Do pewnego momentu, oczywiście. Zresztą ten moment nadszedł bardzo szybko. Znowu tafla lodu, jednak tym razem pod dosyć stromym podejściem. Lodu nie dało się obejść, i tym razem założyłem raczki… A i tak ledwo wszedłem na górę. Raczki to jednak nie raki, wbijać się nie chcą, a czekana oczywiście nie miałem. Bo po co, na Rysiankę? Ale się wydrapałem, i już wtedy zastanawiałem się, jak ja stąd zejdę wracając?

Lepsze widoki?
Szedłem dalej, raz był lud, raz nie, raz wkładałem raczki, raz je ściągałem. Kijowo się szło. Jednak pogoda była w miarę ok, co wynagradzało trud podróży :). Gdy wychodziłem na Halę Redykalną, było już naprawdę dobrze. A powyżej – było cudownie. Bywam tam dosyć często, jednak takiego widoku na Tatry nigdy wcześniej nie doświadczyłem. Te ośnieżone szczyty! Przejrzystość powietrza była po prostu niewiarygodna. I zrobiłem sobie chwilę przerwy, żeby popodziwiać widoki.

Hala Rysianka
Dalej nie było gorzej. W końcu dotarłem na Rysiankę, skąd widoki były wcale nie gorsze. Posiedziałem chwilę na szczycie i rozpocząłem powrót. Ten odbył się bez przygód, chociaż dosyć się spieszyłem, żeby zdążyć przed zmrokiem. Z tyłu głowy miałem problem, jak ja, do jasnej cholery, zejdę przez to lodowisko? Dlatego też tak się spieszyłem, wolałem „forsować” lodowisko za jasnego. Po drodze przeszedłem kilka mniejszych tafli lodu, aż w końcu doszedłem miejsca, którego się obawiałem. Zacząłem schodzić, powoli i ostrożnie, raczki się ślizgały, było ciężko. W pewnym momencie wpadłem na fajny pomysł. Jest prosto i w miarę bez kamieni, to zjadę na dupie. Dobry pomysł, co nie? A ponieważ ja jestem zwolennikiem oceniania pomysłów po ich owocach, to ten uważam jako dobry. TAK! Udało się, i wyminąłem większość kamieni na mojej drodze. Tylko jeden, złośliwy typek, potłukł mi łokieć ;). Stąd miałem już niedaleko do auta, do którego dotarłem szybko i bezpiecznie.

Na zakończenie powiem tak. Wspaniały wyjazd, zdjęcia – wspaniałe widoki i pełen luz. I za to `kocham szlak z Rajczy na Rysiankę!
